|||||

Pirates VR: Jolly Roger – recenzja wersji Quest 3/3S

Ahoj, spragnieni przygód posiadacze Meta Quest 3! Piracka wyprawa, na którą wielu z Was czekało, jest już dostępna dla wszystkich marzących o skarbach śmiałków.

Pirates VR: Jolly Roger to gra VR polskiego studia Split Light Studio, która na początku zeszłego roku trafiła na platformę PCVR, parę miesięcy później migrując dodatkowo na PSVR2. Teraz, po roku od swojego debiutu, doczekaliśmy się również wersji dla Meta Quest (Quest 3 i Quest 3S standalone) przygotowanej we współpracy z kolejnym polskim studiem – Incuvo (znane m.in. z Green Hell VR czy niedawnego TRACKED: Shoot To Survive), które odpowiadało za wydanie portu i jego optymalizację pod autonomiczne gogle Mety.

Z pijanym żeglarzem co zrobimy, gdy przyjdzie raniutko?

Fabuła gry zaczyna się w typowy piracki sposób: gracz, wcielający się w młodego, aczkolwiek ambitnego i odważnego, marzącego o przygodach pirata, spotyka w tawernie pewnego starego żeglarza. Ten, oprócz stawiania kolejnej kolejki rumu, raczy nas również opowieścią o swoim bracie – legendarnym (i skądinąd znanym fanom gatunku) Davym Jonesie, który rzekomo wyruszył na poszukiwania ogromnego skarbu ukrytego na odległej, karaibskiej wyspie (do tego podobno przeklętej). Żeglarz wręcza nam starą mapę oraz zleca bardzo osobistą misję – odnaleźć jego brata, żywego lub martwego (albo przynajmniej trochę mniej żywego). To właśnie ta obietnica przygody (i wielkiego skarbu) oraz tajemnicza atmosfera karaibskich lokacji napędzają całą kampanię, podczas której tropimy zostawione przez pirata ślady, rozwiązujemy zagadki starożytnych ruin, wspinamy się, pływamy i walczymy z przeciwnościami, a finalnie może nawet poznamy prawdę o losie samego Davy’ego Jonesa. Tak więc pora wskoczyć na statek, podnieść kotwicę i…

Dla prawdziwego pirata pierwszym kluczem do sukcesu jest znalezienie właściwego klucza.

No nie, jeśli liczyliście na pełną przygód morską podróż, to niestety muszę was zmartwić – w tej grze tego nie uświadczymy. Właściwa rozgrywka rozpoczyna się już na owej tajemniczej wyspie – jej plaża zaoferuje nam trochę początkowej swobody, zaznajomi nas z podstawowymi mechanikami gry (jak pływanie, wspinanie się czy zbieranie i używanie przedmiotów) oraz przedstawi naszego jedynego i nieodłącznego kompana – papugę Rango. Ptaszysko będzie naszym przewodnikiem po wyspie, czasem da nam cenne wskazówki podczas rozwiązywania zagadek oraz – przeważnie – będzie nam rzucać kąśliwe uwagi oraz drwić z nieporadności gracza (ale jeśli ktoś jest przesadnie wrażliwy na krytykę i suche żarty, to może wyłączyć jej komentarze w opcjach gry).

OK, udało ci się dotrzeć na wyspę, ale nad parkowaniem statku musisz jeszcze popracować…

Przy okazji ten pierwszy etap prezentuje nam warstwę wizualną gry, którą z powodzeniem można zaliczyć do jej największych zalet. Gra na Queście jest po prostu ładna – jasne, widać spodziewany downgrade graficzny względem wersji na mocniejsze platformy, brak m. in. dynamicznych cieni czy wysokiej jakości tekstur, ale oprawa wygląda dość schludnie, oferuje szeroką paletę barw i jest po prostu przyjemna dla oka. Natomiast o warstwie dźwiękowej mogę powiedzieć tylko tyle, że jest – nie rzuca się w uszy, ale też jakoś nie przeszkadza i nie wybija z gry. Żeglarskich szant niestety nie usłyszymy.

Rzuć wszystko i płyń na Karaiby, to sobie wreszcie wypoczniesz – mówili…

Po kilku sekwencjach wspinaczki i pokonywania przeszkód na powierzchni wyspy schodzimy do podziemi i trafiamy już do trochę bardziej liniowych lokacji – będziemy przemierzać pokryte mrokiem jaskinie, przepływać przez zalane wodą tunele (uważając, by nie brakło nam powietrza w płucach), przebijać się przez opuszczone więzienie czy plądrować starożytne grobowce. Natrafimy tu na interesujące łamigłówki, które nie są jakoś przesadnie trudne, ale kilka razy z satysfakcją uśmiechnąłem się pod nosem, gdy udało mi się wpaść na trop rozwiązania. Te zagadki i eksploracja garściami czerpią inspirację z klasyki gatunku – zdarzało się, że miałem flashbacki z Piratów z Karaibów, Goonies czy Indiany Jonesa. To buduje gęsty przygodowy nastrój, który również jest mocną stroną gry.

Czyżbym słyszał w tle motyw przewodni z Indiany Jonesa?

Zdecydowanie częściej niż na łamigłówki napotkamy tu wyzwania wymagające innego rozwiązania – siłowego. Na naszej drodze bowiem regularnie będą stawać zastępy szkieletów, gotowych raz jeszcze poświęcić swoje (nie)życie w obronie tajemnicy pirackiego skarbu. Przeciwników jest kilka wariantów, różnią się mocami lub uzbrojeniem, ale nie są zbyt wymagający i nie grzeszą inteligencją – chociaż to chyba można wybaczyć bezmózgim umarlakom. Walka jest dość prosta, ale daje radę i przynosi satysfakcję. Do pokonywania wrogów posłuży nam głównie magiczna lampa, która nie tylko oświetla nam drogę w mroku, ale również może wystrzelić wiązkę skumulowanej energii zdolnej do wypędzenia zjaw. Użyteczny w walce będzie także pistolet skałkowy, który pozwoli nam rozbijać czaszki wrogów salwą ołowianych kul. Musimy tylko pamiętać, by dbać o stan amunicji – w zakamarkach zwiedzanych lokacji natrafimy na woreczki z kulami czy naczynia z oliwą do zasilania lampy. Z czasem w nasze ręce mogą też wpaść noże czy topory do rzucania oraz pistolet wielolufowy, które również się przydadzą w trudniejszych starciach. Niestety, walki wręcz nie uświadczymy, bo tytuł ten nie oferuje żadnej szermierki (mimo że w menu gry jako wskaźnik wykorzystujemy rapier) – wielka szkoda!

Szkielet Janek kompletnie nie spodziewał się ataku Kaganka Oświaty.

Oprócz broni i amunicji trafimy też na inne znajdźki – uzupełniającą zdrowie żywność, przedmioty fabularne, a także na wypełnione monetami sakiewki, biżuterię, złote puchary czy całe skrzynie ze skarbami. Zdobytą walutę możemy wykorzystać na odblokowanie trybów Wyzwań dodających poboczne aktywności, np. wspinaczkę na czas czy rzucanie toporami do tarczy. Gra premiuje eksplorację i zaglądanie w każdy kąt. Ba, choć tego wyraźnie nie komunikuje, ale od tego, czy znajdziemy po drodze odpowiednie przedmioty będzie zależeć jej zakończenie, które wcale nie musi być dla nas szczęśliwe…

Piracki skarb bez sieci groźnych pułapek blokujących drogę? A skąd, nie w tej grze!

Pod względem technicznym Pirates VR: Jolly Roger również prezentuje się dość solidnie. Nie natrafiłem tu na żadne poważne bugi, a całość działała bardzo płynnie. Ładną jak na Questa grafikę gra okupuje wykorzystaniem AppSW, czyli systemu reprojektowania klatek dla zwiększenia wydajności, przez co niektórym mogą dokuczać związane z nim artefakty graficzne podczas szybkich ruchów – ja jednak wyjątkowo nie miałem z tym problemów. Pewne zastrzeżenia mam natomiast co do systemu ekwipunku, który był trochę niewygodny, a także mechanik interakcji z przedmiotami, zwłaszcza ich chwytania – gra używa pasywnego chwytu i nie ma opcji przełączenia go na aktywny, przez co zdarzają się problemy z odkładaniem przedmiotów do ekwipunku. Nie do końca poprawnie działa pływanie z wykorzystaniem ruchów rąk, a używanie kilofa jest dość uciążliwe, ponieważ przenika on przez skały, które próbujemy rozłupywać. To wszystko drobnostki, które zawsze można je poprawić w następnym patchu i nie wpływają one na ogólny odbiór gry, a ta z każdą swoją minutą zyskuje na atrakcyjności. A gdy zaczyna już mocniej wkręcać, to nagle… pojawiają się napisy końcowe.

Może i zbyt długo czekał na kumpli, ale przynajmniej dobrze pilnował rumu.

I tutaj dochodzimy do największej wady gry, a jest nią jej długość, a raczej – krótkość. Pełne przejście składającej się z pięciu rozdziałów kampanii zajmuje jakieś trzy godziny, co może pozostawić spory niedosyt. Nie daje również wyraźnego powodu, by do niej wracać – chyba że chcemy poznać drugie zakończenie albo spędzić więcej czasu w trybach Wyzwań. To na pewno mogłoby zniechęcić tych graczy, którzy wolą stawiać na długie, rozbudowane gry, zapewniające im dziesiątki godzin zabawy. Ale czy aby na pewno musimy to jednoznacznie uznawać za wadę? Trzeba uczciwie zauważyć, że w przypadku gier VR długość rozgrywki nie zawsze jest zaletą samą w sobie – zbyt rozciągnięte doświadczenie potrafi szybciej zmęczyć niż zaangażować. Tutaj zwięzła forma działa na korzyść tytułu: gra stawia na intensywność, dobre tempo i różnorodność, gdyż każdy z rozdziałów wyraźnie różni się od poprzedniego – dzięki czemu nie zdąży się znudzić ani popaść w powtarzalność. Ostatecznie Pirates VR: Jolly Roger to przygoda krótka, ale treściwa – taka, która kończy się dokładnie w momencie, gdy wciąż chce się więcej. A to pozostawia raczej dobre wrażenie końcowe.

Z kronikarskiego obowiązku dodam jeszcze, że twórcy nie olali swoich rodaków i gra ma kinową polską wersję językową.

Ogólnie muszę szczerze przyznać, że Pirates VR: Jolly Roger pozytywnie mnie zaskoczyło. Wersja PCVR przez długi czas mnie omijała, bo zwyczajnie nie sądziłem, że to tytuł odpowiedni dla mnie – było nie było – weterana VR-u. Tymczasem przy wersji questowej bawiłem się znacznie lepiej, niż początkowo zakładałem – i ani przez moment nie narzekałem na nudę, nie chciałem odłożyć headsetu czy przeskoczyć do jakiegoś innego tytułu, dopóki nie dobrnąłem do napisów końcowych. Te pozostawiły pewien niedosyt, przez co zacząłem liczyć na kolejną część, bo chciałem wiedzieć, co wydarzy się dalej. Jasne, gra nie jest pozbawiona wad, nie zrewolucjonizuje rynku VR oraz nie próbuje odkrywać Ameryki na nowo, ale też nie taki ma cel: jej zadaniem jest dostarczyć graczowi prostą, przyjemną rozrywkę, niczym film z niedzielnego kina familijnego – i z tego zadania wywiązuje się na piątkę. Jeśli więc lubicie ten gatunek i szukacie ładnie wyglądającego, bezpretensjonalnego odstresowywacza na parę wieczorów, to może być propozycja właśnie dla was. Tym bardziej że cena nie jest wygórowana – na Meta Store grę dostaniemy za 15 dolarów bez centa. Jeśli to dla ciebie kusząca propozycja, to nie zwlekaj, wskakuj na swój statek i widzimy się na tropikalnej wyspie, ahoj, przygodo!

Brak reklamy dzięki wsparciu społeczności VRkadia. Jeżeli chcesz, możesz dorzucić swoją cegiełkę tutaj 👉

Podobne wpisy

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Ta strona używa Akismet do redukcji spamu. Dowiedz się, w jaki sposób przetwarzane są dane Twoich komentarzy.